Wiedziałam że w Warszawie będzie fajnie, ale nie przypuszczałam, że aż tak fajnie
. Obce miasto – obce otoczenie, tylko Michała poznałam tydzień wcześniej na MjM
. Ale to co tam się wydarzyło było naprawdę zaskakujące i przeszło moje najśmielsze oczekiwania
. Spotkałam kolesia poznanego w Poznaniu [do tej pory nie pamiętam jego imienia
]. Poznałam kilku nowych ludzi – koło 15. I generalnie mówiąc świetnie się bawiłam, jak z bardzo dobrymi znajomymi z którymi nie jedno się już przeszło. Ale zacznijmy opowiadać od początku
Start miał być o 10 – jak zwykle mała obsuwka, nie byłam jeszcze na żadnej konferencji, szkoleniu, sympozjum itp.. która zaczęłaby się o planowanej godzinie – zawsze minimum 10 minut później – tak żeby spóźnialscy mogli dotrzeć.
Na dworcu byłam zgodnie z rozkładem jazdy o 7:45 – Michał z Michałem (
) – Dura z Jankowiakiem – byli już w drodze gdzie miało się odbyć szkolenie, troszkę się szukaliśmy, ale udało się znaleźć [tzn. oni mnie znaleźli
].
Koło 9 weszliśmy do sali gdzie miało odbyć się szkolenie, chłopaki przygotowali salę, ludzie zaczęli sie schodzić i kilka minut po 10 się zaczęło. Zaczął Kozak (Michał J.), później Michał (Michał D.), na początku każdy miał się przedstawić i powiedzieć dlaczego tu przyszedł [czego oczekuje] itp. Mi wyszło masło maślane smaku maślanego [ale to sie wytnie
]
Generalnie ciekawie mówili [na zmianę], z odpowiednimi przerwami na których można było pogadać z ludźmi, poznać ich [nie było nieodpowiedniego pytania].
Podobało mi się jedno z pierwszych ćwiczeń – powiedzieć świeżo poznanej osobie coś przyjemnego – komplemencik, ale jakiś autentyczny. Podobało mi się też jak mieliśmy zrobić minimum 5 rzeczy [specjalnie spier**] i później się z tego śmiać, żartować, bić brawo itp. – troszkę naciągane, ale w sumie fajne
.
Nadszedł czas na trans – w sumie od momentu wejścia było widać że tu ktoś coś w tym kierunku będzie próbować robić bo wszędzie na tablicach były napisu w stylu “transsss”, “wejdź w… SEN” (ktoś dopisał sownie, tak że wyszło SENsownie), “hipnoza”.
Ale pierwszy trans średnio mi się podobał – może po prostu jeszcze nie poczułam tego klimatu, ewentualnie nie wczułam się wystarczająco mocno, ale drugi [tuż po pierwszym] już silniej zadział. Może dlatego, że do tego zrobił już jakieś przygotowanie, była muzyczka itp… nawet łezka mi poleciała. Do tej pory jak przypomne sobie ten wysoki słonecznik [roślinke która mieliśmy sobie wyobrazić] robi mi sie cieplej, milej…
Później kolejne ćwiczenia, troszkę teorii i dużo praktyki, ćwiczeń w parach, podobała mi się tez zabawa w metafory “moja praca jest jak….”, “moje życie jest jak…” itp… w to grałam z Rafałem [też długo nie mogłam zapamiętać jego imienia, ale jak usłyszałam że organizuje FireWalk to jakoś mi się wbiło w łepetynę] ale o tym później.
Na obiad poszliśmy z większością grupy na pierogi
… całkiem fajnie, sympatycznie… a jakie pomysły powstały m.in. na ciekawy film z Michałem w roli głównej [szczegółów zdradzić niestety nie mogę
].
Po obiedzie powrót na szkolenie – teoria, praktyka i trans
… Bardzo mi się podobało jak się rozłożyliśmy na podłodze a chłopaki między nami chodzili i nawijali każdy sobie, ale wychodziło jakby mówili razem, generalnie leząc na podłodze i czujesz kadzidełka i głosy w różnych częściach sali to jest naprawdę fajne uczucie – generalnie raz słyszałam tylko muzykę, innym razem tylko głos Kozaka czy Michała, innym razem nic nie pamiętam – chyba przysnęło mi się
– no w sumie po przeszło 24h bez snu może się zdarzyć
, myślałam że już lepiej być nie może, ale najlepsze było przede mną…
FireWalk jak sama nazwa wskazuje w luźnym tłumaczeniu – “ognisty spacer”. Czyli spacerek po rozżarzonych węgielkach, długo zastanawiałam się czy iść, coś mnie tam ciągnęło, do ostatniej chwili zastanawiałam się czy się przejść. Dużo ludzi szło po raz pierwszy
Rafał mnie wprowadza w odpowiedni nastrój, nawiązał do zabawy w metafory itp. generalnie prawie się wkręciłam, cały czas zastanawiałam się czy przejdę, z drugiej strony wiedziałam że jak zwątpię i nie przejdę to zawsze będę się cofać – czasem w ostatniej chwili, ale będę się bała iść do przodu. Chociaż hasło “idź lodową ścieżką” mi nie pomogło… drepcze w miejscu i myślę “ale to jest gorące” i zaraz przypomniała mi się rada Kozaka “idź szybko”… w sumie pierwszy krok zmodyfikował mi tą radę “idź bardzo szybko, zdecydowanie i nie patrz pod nogi”, ale i tak się wkopałam prawą nogą, co mnie troszkę rozkojarzyło, ale nie miałam czasu myśleć słyszałam tylko swój głos “idź do przodu, nic nie boli, nie parzy, nie pali, do przodu… szybko”, i zboczyłam trochę na bok, ale przeszłam, obudziły mnie piski kilku ludzi z grupy, zaczęli mnie przytulać – bardzo podobało mi się jak podbiegł Kozak, jak przytulił mnie Michał i reszta grupy. Michał to mnie zaskoczył – w sumie jak się już przytulałam zaczęło do mnie docierać że przeszłam, a w tej chwili przytulam się do Michała, kilka ludzi piszczy i mi gratulują spacerku, pytają jak się czuje czy jestem cała. Rafał nawet się przejął, podszedł i pytał czy wszystko w porządku, troszkę go przestraszyłam tym że skręciłam – a koleżanka zaczęła żartować że chciałam sobie pospacerować
. Czułam się zajebiście, jak przeszłam po żarze i żyje to przejdę wszystko. Rosa na trawie pomogła ochłodzić stopy, nawet troszkę poskakałam – nie dużo klamoty w kieszeniach przypomniały mi żebym nie szalała.
Droga powrotna troszkę przypomniała mi co zrobiłam – prawa noga w sandałkach z całymi palcami po prostu zaczęły mnie piec. Zdjęłam sandałka i szłam na boso. W sumie wszyscy zadowoleni idziemy przed siebie i troszkę nam się zabłądziło, tzn nie skręciliśmy w prawo – na szczęście Kozak się w miarę wcześnie zorientował i wróciliśmy cali i szczęśliwi – co prawda po drodze miałam mały wypadek i się z lekka załamałam “teraz się wyda i mam prze…., a jeszcze u Michała mam jakoś spać…” itp… itd… etc… troszkę poklęłam, ale szczęście w nieszczęściu że przydażyło mi się to przy Kozaku, który jakoś szybko obrócił to w brech i jakoś tak się uspokoiłam. Reszta grupy się nie zorientowała, Michał – nie wiem, ale przynajmniej nie dał po sobie nic poznać i nie pytał o nic, co było mi na rękę…
Wróciliśmy do domu, wyprałam spodnie, napięcie minęło, poszłam spać. Rano trzeba wstać
. I tego ranka się doczekać nie mogłam
. Mała przypomniała rano gdzie jestem i powoli zaczęła mnie wybudzać… Spodnie zgodnie z oczekiwaniami wyschnąć nie zdążyły, ale od czego ludzie wymyślili kiedyś żelazka
.
OK. Koło 10 zaczął się drugi dzień – Exclusive – Moją szczególną uwagę zwrócił Artur – którego na początku wzięłam za uczestnika, którego wczoraj nie było, przyszedł dzisiaj na indywidualny coaching – poniekąd troszkę się zgadzało – przyszedł na indywidualny coaching, tylko to on był drugim trenerem
[czyli 3cim].
Coaching indywidualny – super sprawa, podchodzisz i gadasz co chcesz w sobie zmienić i dopracować. Na pierwszy ogień [jako pierwsza] poszłam do Artura z problemem nieśmiałości, pokazał mi jak można podchodzić do ludzi – rozluźnić się [nie do końca się udało], łącznie ze zrobieniem ze mnie klauna [tańczenie do cyrkowej muzyki
, ale ta czyność ułatwił mi w zasadzie ciągle pajacujący i brechtający Kozak
]
Generalnie chodziłam ciągle miedzy ludźmi gadałam, Kozak opowiadał jakie techniki dany coach stosuje [każdy stosował inne], Artur działał bardziej na świadomości, Michał na uczuciach, a Kozak wszystko odwracał tak że wychodził jeden wielki dobry kawał z którego można sie tylko brechtać a nie ma się czym przejmować
. – Nie wiem czy to tylko moje odczucie
Na obiad poszliśmy do jakieś knajpki – nie wiem co to było, ale serwowało między innymi szynkę smażoną z frytkami i zestawem surówek – w sumie miałam dziwne wrażenie, że cokolwiek podali to to zawsze tak samo wyglądało – nie ważne czy to była polędwiczka czy szynka
. Ale nawet zjadliwe to było.
Po obiedzie było coś co mi przypominało zabawę w 100 pytań do – czyli coach wychodził na środek i zadawaliśmy różne pytania żeby uzyskać jakiś profil osobowy (?) danego coacha. Na pierwszy ogień poszedł Artur, później Michał a Kozak zostawił siebie na koniec
. Dowiedziałam sie że nawet ja mogę zostać Coachem [lol]. Ale swoją drogą – fajna praca
. Lubie poznawać nowych ludzi, lubię im pomagać na różnych płaszczyznach… wystarczy sie podszkolić, rozwinąć skrzydełka i nimi machać [efekt motyla].
Później jeszcze pogadałam z Michałem – jeden problemik postanowiłam przedstawić wszystkim z osobna i zobaczyć co mi będą radzić – fakt problemik uważam za dość poważny – przynajmniej do momentu aż nie zacznę sobie z nim radzić na tyle skutecznie żeby go zaakceptować. Wszyscy podali mi odpowiedzi, powiedzieli co myślą, każdy na swój sposób miał rację i teoretycznie jest to proste jak kawałek drucika – to jest w sumie najgorsze
. Ale w tej kwestii najbardziej podobała mi sie wypowiedź Artura. Była chyba najbardziej realna
. Michał powiedział [i pokazał] jak mogę ćwiczyć nad głosem, postawą i nie tylko, Kozak jak zwykle obrócił to w brech – i tez miał rację
.
Po imprezie poszliśmy jeszcze do kafejki. Wcześniej odwiedziłam dworzec centralny w celu dowiedzenia się o której mam jakiś pociąg – pani w okienku bardzo mnie pocieszyła – “właśnie odjechał, następny bez przesiadek dopiero rano” – 5 coś i po 8… no cóż znowu zwaliłam się na głowę Michałowi
– chociaż w drodze powrotnej próbował mnie sprzedać do Artura
…