Kozaq wyprawiał swoje urodziny. Chłopaka znam w sumie niecałe 2 tygodnie, ale pojechałam na imprezę. Jak sobie przypomnę pierwszą reakcję na niego to śmiać mi się chce [w pierwszej chwili się Go wystraszyłam??]. A teraz mam wrażenie jakbym znała Go nie wiem ile czasu. W Warszawie byłam o 15 umówiłam się z Moniką na dworcu – myślałam ze ona też jedzie do Kozaqa na urodziny.
Jednak nie jechała ale do 17 pogadaliśmy, poszliśmy na zdrowe jedzenie – sałatki
. Po 17 odebrałam telefon od Michała Dury “Radek czeka na Ciebie pod wejściem do hotelu Marriott” – OK, ale jaki Radek, gdzie jest ten hotel i pełno innych pytań chodziło mi po głowie, a Michał zdążył się rozłączyć, Monika na szczęście wiedziała gdzie jest hotel, a Radka udało się rozpoznać – okazało się że to koleś z MJM z Olsztyna
.
Poczekaliśmy chwilę, okazało się, że metrem musieliśmy dojechać w inne miejsce, po kilku telefonach udało się spotkać. Pojechaliśmy – po drodze już było wesoło. Generalnie dojechaliśmy cali i zdrowi.
Na miejscu troszkę się zdziwiłam – niezła chata, chyba z 20razy większa od mojego mieszkanka w bloku. Generalnie fajne otoczenie, na wsi, czyste powietrze, super chata i w ogóle… żyć nie umierać
.
Michał pojechał po resztę – w sumie z tych osób co pamiętam to przywiózł solenizanta i Artura. Ogólnie było coś koło 25 ludzi na imprezie. Z czego znałam z 7 ludzi. Tzn. kojarzyłam z wcześniejszego szkolenia
. W sumie na imprezy jeździ się poznawać nowych ludzi – to tu miałam kogo poznawać.
Artur zrobił mi up time, teoretycznie miało to zsynchronizować półkule i jakoś spowodować że wyraźniej będę odbierać otoczenie, nie będę miała przez jakąś chwile dialogów wewnętrznych itp, ale chyba coś nie do końca działało, albo nie mogłam się wystarczająco skupić, albo po prostu jeszcze nie jestem w stanie skupić się na tyle żeby miało to wymierne korzyści.
Fakt faktem słyszałam tylko jego druga liczbę więc ją powtarzałam, sama cały czas się śmiałam [głównie z tego, że koleś odpytuje mnie z tabliczki mnożenia i klepie po plecach, a mój wzrokiem mam podążać za aparatem fotograficznym, którym inny koleś przede mną wymachiwał
] a świadomość że kilku innych ludzi się temu przygląda nie ułatwiała skupienia się głosie Artura i tego co do mnie mówi.
I cały czas miałam jakieś dialogi w postaci ‘i co ja robie tu?’, ‘ale co to ma być?’, ‘co przez co mam pomnożyć?’, ‘jak długo to będzie trwać?’ itp… po skończonej sesji nie widziałam jakieś różnicy, więc chyba coś nie bardzo wyszło. Może następnym razem będzie lepiej, zobaczę jeszcze kiedy indziej.
Później było rozpakowywanie prezentu… Kozaq dostał na urodziny dmuchaną krówkę [wcześniej była jeszcze opcja dmuchanej owcy, ale krówka była fajniejsza]. Ode mnie dostanie milion dolarów, w sumie na imprezie już by dostał, ale poczta zawiodła i paczka nie zdarzyła dojść, ale co się odwlecze to nie uciecze.
Pierwszy toast wzniosłam wodą mineralną [przypadek]
. Za to kolejne już były odpowiednio oprocentowane
. Postanowiłam się przejść – żeby troszkę otrzeźwieć [chociaż jeszcze wtedy nie było źle to wiedziałam że muszę wyjść troszkę w jakieś miejsce gdzie będzie stosunkowo mało muzyki i świeże powietrze więc poprosiłam Artura o to żeby się ze mną przeszedł.
Nawet powiedziałam mu że robi na mnie troszkę większe wrażenie niż Michały, nie wiem nawet po co mu to powiedziałam, ale jakoś tak wiedziałam że wcześniej czy później wypalę mu z jakimś tekstem i nie będę wiedziała jak to odkręcić, więc lepiej tu i teraz - w ostateczności zawsze później można byłoby zgonić na stan w jakim się znajdowałam. 1 spacerek ok - generalnie bez większych wrażeń i emocji, 2 spacerek dał mi w sumie więcej niż pierwszy, ale chyba za bardzo go zmęczyłam - i tak nie powiedziałam tego czego chciałam, a to co powiedziałam nie powiedziałam tak jakbym chciała, ale przynajmniej mam to za sobą
.
Nie pamiętam o której poszłam spać, rano obudził mnie śmiech Kozaqa i głos Artura. Przez chwilę nie wiedziałam gdzie jestem, co się działo, ale jak otworzyłam oczy wszystko się rozjaśniło "jestem po imprezie, gdzieś jakieś 15km od Warszawy i właśnie słyszę Kozaqa, Artura i kilka innych niezidentyfikowanych głosów". Nie pamiętam o której wstałam, ale w zasadzie wybudziłam się bez przeszkód, wypoczęta i z jakąś dziwną myślą - "fajnie było by tak zawsze się budzić" - nawet kaca nie miałam, mimo, że jak się kładłam spać to świat mi falował i generalnie wszystko widziałam jakby było za mgiełką
- 3ci raz w życiu byłam w takim stanie i jakoś na drugi dzień czułam się super.
Śniadanie było jakieś - ale u mnie skończyło się na wypiciu soku i szklanki ciepłej herbaty. Przy stole Artur coachował Kozaqa, już jakieś wizualizacje itp... Coach w 24/h
[fajnie]…
Wstał kierowca, zabrałam się w pierwszej turze z Arturem i dziewczynami. Najpierw miał nas odwieźć do metra, skończyło się na tym że Artur wyskoczył gdzieś na światłach, dziewczyny po drodze, a mnie odwiózł na dworzec – na dworcu byłam chwilę po 12 a pociąg miałam 14:14, sam dworzec to strasznie nudne miejsce, do 14 chodziłam tak żeby sie nie zgubić
więc wypad na złote tarasy sobie darowałam. Minęłam z 3 kafejki internetowe, 1 salon gier, kilka kiosków z gazetami i księgarni, a co chwilę jakieś kebaby, gorące kanapki i inne szybkie jedzenie, na McDonalda trafić nie mogłam.
W końcu przed 14 poszłam na peron – myślałam że chociaż tam będą jakieś ławki – nic z tego, ale był jakiś bar to poszłam sobie usiąść. Generalnie o mały włos nie wsiadłabym nie do tego pociągu co trzeba i pojechałabym nawet nie wiem gdzie
. Ale się udało, praktycznie całą drogę przespałam [obudziłam się jak mijaliśmy przystanek Łódź Chojny]. Koło 18 byłam w Zduńskiej Woli.
Podsumowując – dawno się tak nie bawiłam, śmiałam i jednocześnie poznałam tylu ciekawych ludzi. Z jednej strony szkoda że Warszawa jest tak daleko, ale z drugiej może to i lepiej?
Dziś nie żyję… leci mi z nosa i nie mogę się na niczym skupić