I jednak pojechałam na Górkę
. Generalnie decyzję podjęłam przed 4tą w nocy [ale Rafał kiedyś był lepszy - dzwonił koło 5 do Marka czy może sie zabrać bo zdecydował się jechać
]
No i było fajnie. Pomęczyłam troszkę Rafała – zemsta będzie słodka i z tego co widzę to zapowiada się długa i dobra zabawa
.
A zdecydowałam się jechać jak stwierdziłam że przeziębienie jest w sumie tylko wymówką żeby nie jechać. Na Frasicę nie miałam jak dojechać, ale umówiłam się z Markiem że zabiorą mnie z przystanku na Kościelnej. Generalnie rodzice o tym że gdzieś jadę dowiedzieli się 5:50 – jak wyszłam z domu – wiedziałam że jak powiem im to chociażby w drzwiach będą gotowi je zakneblować żebym nigdzie im nie uciekła.
Generalnie nie mieliby nic przeciwko, tylko to że jestem przeziębiona – na tym punkcie to wariują jakby katar był niezwykle groźną chorobą wymagającą hospitalizacji. Ehhh mieć mamę pielęgniarkę to czasami uciążliwa sprawa. Chociaż na ogół nie jest źle.
Autobus się spóźnił, a sama wyszłam 5:50 – przekonana że spacerek zajmie mi minimum 10 minut. Spacerek zajął mi całe 4 minuty
. To byłam troszkę przed czasem, jak na poranną porę przystało było dość chłodnawo – co nie mogło pozytywnie wpływać na mój zapchany nos. Jak po 6 nie było jeszcze dziewczyny, która miała też jechać z tego przystanku i ani widu ani słychu autobusu który miał nas zawieźć na Górkę to zwątpiłam czy dobrze trafiłam, a do Marka dodzwonić się nie udało.
Kilka minut po 6 pojawiła się zapowiedziana dziewczyna. Przez chwilę towarzyszyła nam Pani Prawda – starsza pani, która cały czas mówi rymem, generalnie zabawna kolesiówka, chociaż troszkę męcząca na dłuższą metę. Na szczęście nie rozpoznała ani mnie ['jako tej spod jedynki'], ani koleżanki – a ją też znać powinna. Generalnie czekanie się dłużyło, chociaż od kiedy przyszła owa koleżanka czas troszkę przyspieszył.
Doczekałyśmy się – nawet nie pamiętam ile tego spóźnienia było, ale 20 minut to minimum. Weszłam do autobusu i prawie nie poznałam Rafała – troszkę mu się zarosło [włosy i 4dniowa broda]. Marka najbardziej nurtowało dlaczego nie mogłam namierzyć przystanku – czy to on coś nie tak pisze czy to u mnie ze znajomością terenu jest coś nie tak – przyznaję się że to była druga opcja.
Usiadłam – zauważyłam Rafała – siedział sam – a wiedziałam że to mogła być jedna z nielicznych okazji do pogadania, to postanowiłam się przesiąść i dowiedzieć co tam u niego – w końcu przeszło 2 tygodnie Go nie widziałam [w sumie 3]. Poza podstawową wymianą informacji byłam ciut za bardzo zmęczona po nieprzespanej nocy – słuchawki w uszy i odleciałam. Obudziłam się jak już byliśmy prawie na miejscu. Nawet rozmowa zaczęła się bardziej kleić.
Na miejscu trafiliśmy na konferencję – generalnie jakoś do mnie nie trafiła – poza tym że prawdę trzeba wiedzieć gdzie powiedzieć i znaleźć odpowiedni moment żeby ją powiedzieć. Ale nie zgadzam się z stwierdzeniem że blogi to samo zło a fora to nie są miejsca do wyrażania własnych poglądów tylko do mówienia prawdy [to mnie rozbawiło]. Po konferencji pojawiła się Pani Renatka – fajna kobietka – i poinformowała że już jest i gdzie można ją złapać. Chciałam z nią spokojnie porozmawiać to zaraz po konferencji umówiłyśmy się na rozmowę – w czasie drugiej konferencji i pracy w grupach.
Rozmowa mi troszkę pomogła, chociaż to było na zasadzie wygadania swoich obaw i raczej uspokojenia siebie i zaczerpnięcia opinii kogoś kto jest zupełnie z zewnątrz i nie wzbudza u mnie większych emocji. Gadałyśmy do obiadu – o mało na obiad się nie spóźniłam. Na obiad [dla mnie w sumie śniadanio-obiad] była surówka, ziemniaczki i nóżka od kurczaka – w zasadzie gołębia [żeby nie powiedzieć koliberka]. Obiad całkiem dobry.
Później do pokoju, byłam z tymi samymi dziewczynami co na Święcie Młodzieży. Pokoik całkowicie z boku, 3 osobowy, blisko WC i łazienka – generalnie fajne warunki. Rozpakowałam się dałam Markowi do podładowania mp4 [u nas w pokoiku nie było kontaktu] i… poszłam spać – dziewczyny przyszły po mnie po 17 – na mszy już wypadałoby być.
Na kolację był bigos – i to też całkiem dobry
. Albo ja już inaczej patrzę na jedzenie
. W sumie nie był jakoś specjalny, ale zjadliwy
. Po kolacji była dłuższa przerwa i występ zespołu “przecinek” – połowę koncertu spędziłam w kuchni na schodach przy herbacie z jakąś dziewczyną ze Zduńskiej lub okolic [w każdym bądź razie z nami przyjechała], ale imienia nie pamiętam
. Drugą połowę plątałam się po domu pielgrzyma, zaglądając od czasu do czasu na koncert. Na koniec chciałam pójść do pokoju, tylko zaczęli grać “przyjaciela mam” – nie wiem czemu do tej piosenki mam sentyment – od razu przed oczami widzę Rafała i Sebastiana i nie ma bata muszę piosenkę wysłuchać do końca – chociaż to wykonanie było dość szybkie – w porównaniu do tych co znam, to i tak miała swój urok.
Po zakończonym dniu padłam mimo popołudniowej drzemki. Rano wstałam po 8 i na śniadanie się troszkę spóźniłam. Jakoś specjalnie głodna nie byłam, ale kanapkę zjadłam, później jeszcze podjadłam od Rafała płatków kuleczek [generalnie za nimi nie przepadam, ale tak jakoś się trafiło].
Konferencja, msza i obiad, później chwila wolnego czasu na spakowanie się, zaniesienie klamotów do autokaru, wspólne zdjęcie i do domu. No może nie od razu
. Najpierw po drodze wpadliśmy do domu [w sumie nie wiem jaki tam jest statut tego domu] ale wyglądało to na dom opieki. Mieszkali tam chłopcy z różnymi upośledzeniami. Pokazali nam jak tam mieszkają, co robią i poszliśmy z nimi na dożynki. Generalnie było sympatycznie.
W drodze powrotnej siedziałam sama – sąsiadka przesiadła się na równoległe siedzenia – też żeby siedzieć samemu żeby móc się rozłożyć i pospać. Też się rozłożyłam, słuchawki w uszy i odlot
. Obudziłam się gdzieś przed Widawą, Rafał znowu siedział sam tzn. na samym końcu i koło niego było jedno miejsce wolne, więc się przesiadłam.
Marek później odwoził tych co nie mieli transportu do domu. Generalnie zostało nas 4. Ja, Kaziu i jeszcze 2 dziewczyny. W domu byłam koło 20. Zjadłam kolację i poszłam spać
. Tak zakończył się kolejny weekend spędzony poza domem
– a miałam się kurować, w tej chwili tylko gardło mnie lekko pobolewa i pojawił się kaszel, ale z nosa już tak nie cieknie, a w następną sobotę jadę do Poznania na szkolenie do Kamila C, ciekawe czy zdążę sie wykurować
.